Nie sięgać po klasykę kina wojennego pisząc własny cykl w pewnym sensie wojenny, byłoby równoznaczne z odkrywaniem Ameryki.
Tymczasem licząca sobie już dobre pół wieku "Bitwa o Anglię" nadal trzyma bardzo dobrze ( w przeciwieństwie do wielu innych podobnych produkcji ) i gdyby wypuszczono ją do kin nawet dzisiaj potrafiłaby wbijać w fotel lepiej niż popularna obecnie "Dunkierka".
Tym razem coś kompletnie niefilmowego, bo któż powiedział, że dobrej ścieżki dźwiękowej nie można znaleźć gdzie indziej?
Ja przynajmniej znalazłem taką lata temu w grze Medieval Total War, przy której przesiedziałem wiele nocy a która zaraziła mnie miłością do czasów średniowiecza, pozwalając przeżywać dzieje dawnych państw w Europie i na Bliskich Wschodzie i kierować zastępami rycerzy, zwykłych chłopów, jak i tych szczególnie osławionych w tym okresie - wojowników wiary.
Chyba nic bowiem nie pobudza wyobraźni tak bardzo jak starcia cywilizacji, a średniowiecze oferowało nam ogromną ilość, czy to za sprawą podbojów Arabów, czy zwłaszcza późniejszej próby odbicia zagartniętych przez Islam terenów - krucjat, wypraw krzyżowych.
Żaden bodaj konflikt średniowiecza nie wzbudza tylu emocji do tej pory, inne przy nim wydają się być zaledwie przepychanką, którą wszyscy sobie już dawno wybaczyli.
Tworząc Korsarza obiecałem sobie, że będę trzymał się w nim z dala od wszelkiej fantastyki, mistycyzmu, czarów, umarlaków i innych bestii... Nie znaczy to jednak, że nie można nie inspirować się innymi produkcjami, które takie motywy zawierają! :)
Jednym z moich ulubionych filmów akcji, i to takich z gatunku mroczniejszych, z dreszczykiem, jest "Śmiertelny Rejs" Stephena Sommersa z 1998. Dzieło już niestety zapomniane i w którym komputerowe efekty specjalne trącą już nieco myszką, ale który nadal znakomicie się ogląda.
Jednym co utrzymuje obraz ten w tak dobrej formie jest znakomita muzyka Jerrego Goldsmitha, absolutnej legendy Hollywood pod względem komponowania ścieżek dźwiękowych.
Na soundtracku znajduje się rzecz jasna wiele pozycji, ale tą która z perspektywy Korsarza była najważniejsza jest utwór Underwater Grave... a właściwie sama jego pierwsza część, ta pełna mroku, informująca nas, widzów, że oto coś potwornego i niewyobrażalnego zbliża się do nas z głębin.
Kawałek ten męczyłem w nieskończoność pisząc pod niego Wprowadzenia do wszystkich tomów Korsarza, począwszy od drugiego.
Kto by pomyślał prawda?
A zważywszy, że za moi bohaterowie za jakiś czas planują wybrać się także i na wody dalekiej Azji, gdzie toczy się akcja "Śmiertelnego Rejsu", kto wie czy potwory z głębin nie będą czekały tam także i na nich ;)
Ja przynajmniej nie mogę się już doczekać, aby przekonać się czy uda im się przepłynąć tamtejsze akweny bez szwanku :)
Wydawałoby się, że XVII-wieczny wojownik morza nie może mieć nic wspólnego z amerykańskimi superbohaterami Marvela, a jednak!
Każdy uniwersalny bohater, obojętnie z jakiej by nie pochodził epoki i kraju, ma w sobię ten sam pierwiastek, te same geny, które nosi wiele innych tak odmiennych postaci.
Jednym z owych podobieństw - klasyka! - jest DROGA BOHATERA, czyli rzecz o tym jak to się stało, że ktoś początkowo kompletnie nieważny i nieznany, nijaki, urósł nagle do rangi herosa ratującego świat i podziwianego przez ogół ludności.
Genezę tę wielokrotnie mogliśmy obserwować śledząc losy czy to Robin-Hooda, D'Artagnana, Spider-Mana i wielu wielu innych. Jeśliby im się zresztą przyjrzeć i porównać, okazałoby się, że są do siebie podobne niczym dwie krople wody.
Dlatego też od czasu do czasu fajnie jest zobaczyć coś nowego i totalnie oryginalnego, takiego jak droga do sławy Kapitana Ameryki, która w filmie Joe Johnstona przyjęła formę... musicalu!
Jest to dla mnie zresztą najlepszy fragment samego filmu. Piękna muzyka, piękne kobiety i geneza superherosa przedstawiona w krótkim montażu, ale który jednak zawiera w sobie absolutnie wszystko czego bohaterowi potrzeba ;)
Dlatego też scena ta była dla mnie wielką inspiracją przy pisaniu Korsarza.
Oczywiście trudno byłoby przenieść musicalowe popisy z lat 40. w czasy XVII wieku. Niemniej ze wszystkiego można i należy czerpać pomysły i dlatego odrobina Kapitana Ameryki trafiła także na karty korsarzowej powieści :)
Czasami już tak pisarz ma, że napotyka na "ścianę", niewidzialną barierę, której ni jak nie idzie przeskoczyć, ni obejść, ni się pod nią podkopać.
Miałem taki moment np w przypadku scen przejęcia szwedzkiego galeonu, gdy maszt wędruje polska flaga.
Wszystko z jednej strony niby było od dawna już dobrze obmyślone, przemyślalem ten motyw tysiąc razy, ino... no jakoś słowa nie chciały się pisać.
W takich chwilach jedyną siłą ratującą autora i rozbijającą każdy mur jest muzyka. No dobra... muzyka nie zawsze pomaga, czasem blokady są większego rodzaju, i żadna najspokojniejsza czy najbardziej energiczna nuta nic na to nie poradzi.
W tym jednak przypadku, za sprawą ścieżki z "Biały kanion" ( 1958 ) udało mi się wybrnąć z opresji.
Westerny nigdy jakoś nie mogły narzekać na brak dobrej muzyki. Można za nimi nie przepadać, można ich nie lubić - spaghetii-klasyki Sergio Leone do tej pory mają swoich zagorzałych krytyków - ale nie można przejść obojętnie od melodii jaka im towarzyszyła.
Jest w niej po prostu coś niezwykłego, że nie trzeba być fanem kowbojów czy indian by poczuć zew przygody, by przenieść się w krainy jakie już nie istnieją, by przemierzać cudne krajobraze z końskiem siodła lub czterokołowego wozu.
Co więcej, muzykę tą często wykorzystuje się i przy bardziej współczesnych filmach. Nie musiałem oglądać "Big Country" by usłyszeć motyw przewodni, wynalazłem go w jak najbardziej niewesternowej komedii "To już jest koniec" z Simonem Peggiem :)
W jednym w moich poprzednich wpisów wspominalem Wam o "mruczance z Potopu". Nie jest ona jednak jedyną piosenką bez słów, która robi na człowieku ogromne wrażenie. Inną melodią tego typu jest "gwizdanka" z MOSTU NA RZECE KWAI.
Wielkość tego kawałka polega też na tym, że - podobnie jak w przypadku CZOŁÓWKI PROGRAMU "MORZE" - praktycznie każdy ten utwór zna i potrafi zanucić, choć niewielu tak naprawdę widziało sam film :)
Co jednak najważniejsze przy Korsarzu, gwizdanka z Mostu złożyła się tu mruczanką z Potopu w pewną nową całość, jako że jedno jakoś zeszło się z drugim.
I tak więc - choć od początku pracy nad powieścią, w każdej wersji, wiedziałem, że chcę napisać scenę maszerujących polskich jeńców - to jednak to właśnie sceny z tych dwóch właśnie filmów wywarły największy wpływ na to jak ona ostatecznie wygląda.
Żołnierzom polskim wizualnie bliżej więc będzie do odartych, brudnych, zmęczonych Brytyjczyków z Mostu na Rzecz Kwai niż dumnych kawalerzystów z Potopu, ale pieśń jaka popłynie z ich ust będzie miała zdecydowanie więcej wspólnego z potopową mruczanką, aniżeli mostową gwizdanką :)
Interesując się tematyką wojen polsko-szwedzkich czy ogólnie dawnej Rzeczpospolitej, nie sposób przejść obojętnie obok Potopu.
Film to skomplikowany i ktory absolutnie arcydziełem nie jest, a którego wielu fragmentów sam do tej pory nie rozumiem, mimo tego że jestem historykiem...
A jednak, coś w nim jest takiego, że nie odpuszczam seansu, za każdym razem gdy jest okazja, przy czym wolę jednak skupiać się na wybranych scenach niż całości. Jedną z takich scen jest przemarsz masy polskiej jazdy obserwowany przez Kmicica/Babinicza i spółkę. To chyba najbardziej "dumny" minuty w całej filmowej trylogii, gdy dzięki żołnierskiej "mruczance" i na widok zastępów kawalerii przez człowieka ciary przechodzą.
Pewnym novum w Korsarzu będzie ŚCIEŻKA DŹWIĘKOWA powieści.
Jeśli więc nie przeszkadza Wam muzyka i nie preferujecie czytać w całkowitej ciszy, to lekturę cyklu będziecie mogli sobie urozmaicić słuchając soundtracku przygotowywanego właśnie przez kompozytora zza nie-tak-wielkiej wody. ;
Tymczasem, posłuchajcie jednego z kawałków przy którym pracowałem pisząc pierwszy tom. Z oczywistych względów nie jest możliwe by znalazł się na ścieżce, ale bardzo mi pomagał przy tworzeniu kilku szczególnie dynamicznych scen.
:)
Inspirację bowiem można czerpać wszędzie, nawet z czegoś tak teoretycznie niezwiązanego z XVII wiekiem i z Polską jak słynny "Wodny Świat".
Jeśli więc, tak jak i ja, zaliczacie się do sympatyków tej produkcji oraz filmów przygodowych z Kevinem Costnerem, możecie być pewni, że Korsarz Was nie zawiedzie i uświadczycie w nim pdoobnie dynamicznych wbijających w fotel scen, dziejących się tak na morzu, jak i na lądzie.